Sear Bliss – “Eternal Recurrence”


Sear Bliss – “Great Cosmic Disorder”

Kwintet z Węgier w 2012 roku wydali kolejny, dziewiąty już album, zatytuowany “Eternal Recurrence”. Muzycznie Sear Bliss z każdym kolejnym krążkiem nabiera ekspresji, wciąż ewoluuje, nabiera charakteru.
Zespół od początku jest wierny instrumentom dętym – więc ich obecność w “Eternal Recurrence” nie powinna już dziwić, chociaż z każdym kolejnym krążkiem Węgrzy udowadniają, że nie wykorzystali jeszcze w pełni ich potencjału. Tam gdzie puzony milkną, do gry idzie “parapet” wspierany przez mocne riffy gitarowe, nadając swoisty klimat grozy, jak np. w “Great Cosmic Disorder” przywołujący na myśl poprzednie dokonania zespołu, zwłaszcza z “The Haunting”. Na płycie – co jest nowością w stosunku do poprzednich wydawnictw, pojawiają się “czyste” wokale, co niestety nie przypadło mi do gustu – może to przez to, że w podgatunku symfonicznego blacku to już prawie reguła, tak jak z zespołami gothic-metalowymi z wokalistką o koniecznie krwistoczerwonych włosach. Ale wróćmy do tematu.

“Eternal Recurrence” nie jest tak zachowawczy, jak “The Arcane Odyssey”, co w tym wypadku jest raczej zaletą. Utwory stały się bardziej złożone, bardziej zmienne – tam gdzie trzeba – zachowują umiar, by w pewnej chwili przyłożyć “z grubej rury”. Znalazło się też miejsce na swego rodzaju ballady. Nie, nie ma co się załamywać – nie są to smęty, jak w przypadku Guns’N’Roses, czy Metaliiki 😉 Bardziej brzmi to jak “Path to the Motherland”, choć są – bo jest ich dwie (“There Is No Shadow Without Light” i “Ballad Of The Shipwrecked”) – mniej od niego skoczne.

Jak już Sear Bliss zaczyna nas przyzwyczajać, na sam koniec uszykowano wisienkę na torcie – drugi mocny punkt albumu – utwór “Entering The Seventh Gate”, który zaczyna się niepokojącymi dźwiękami i jakimiś głosami, a następnie słychać przeraźliwy głos, który towarzyszy growlowi wokalisty. W środkowej partii utworu wpleciono spokojną melodię. Niestety tak jak i w “Great Cosmic Disorder”, partia końcowa kończy się za wcześnie. Nim się obejrzymy – Co? To już koniec? To chyba były najkrótsze 37 minut słuchania w moim życiu.

Mam dość mieszane odczucia na temat nowego albumu Sear Bliss.  Niby ma swój potencjał, ale czegoś mi tu brak. Utwory rzadko wybiegają poza ramę 6 minut, a w zasadzie to prawie wcale, bo tylko ostatni utwór ma długość 6:34 z czego ponad minutę zajmuje ten “stygnący” i uciszający się syntetyczny dźwięk – no ludzie no, nie mówcie, że i-emaj nie wkładała swoich brudnych kapitalistycznych rąk do tego wydawnictwa, bo w to nie uwierzę.

Podsumowując – Węgrzy pokazali, że potrafią się rozwijać. Złożoność utworów jest o wiele większa, niż w poprzednich albumach, jednak przy okazji coś umyka z tych utworów. Są zbyt krótkie, kończą się w połowie długości normalnych blackowych  zagrywek. Mimo najlepszych chęci, nie mogę wydać zbyt wysokiej oceny. Sorry Winnetou, ale to już nie to samo co “Phantoms”, czy “The Haunting”.

Sear Bliss – “Eternal Recurrence”
LP, EMI / Candlelight Records
2012
Eternal Recurrence
1. The Eternal Quest
2. Ballad of the Shipwrecked
3. Great Cosmic Disorder
4. A Lost Cause
5. The New Era of Darkness
6. There’s No Shadow Without Light
7. Entering the Seventh Gate

Moja ocena:


Album – “Eternal Recurrence”: 7/10 (sorry – za krótki!!!)

Utwór – “Great Cosmic Disorder”: 9/10

blog comments powered by Disqus